RSS
 

Skrytożerca

26 sty

Z racji, że przebywam dużo w pracy moje koty- przybłędy przeniosły się w cholerę. Nawet zmarzniętych śladów łapek na śniegu nie ma. No trudno, krzyżyk na drogę. Albo myszy na drogę.
Wchodząc do żabki po śniadanio-obiado-kolacjo-śniadanie już odwracam wzrok od półek.  Marzy mi się zalewajka i kaszanka. Byle nie te serki, danonki, dmuchane bułki, soczki, mleczka, kawki srawki i pierdziawki. Któregoś poranka, kiedy to winda się popsuła i pacjenci po zabiegach ortopedycznych nie mogli wrócić na oddział, zabawiałem ich rozmową, grałem prawie w szachy i karty. No może państwa miasta, bo łatwiej między łóżkami. Wszak klYnika doktóra Sz. musi zabiegać o komfort pacjentów i począłem jakoś ich zabawiać, odwrócić uwagę, że na sali pooperacyjnej NIE MA KURDE ODWIEDZIN RODZINY i wuj. Wtem salowa weszła z awaryjnym śniadaniem. Już widziałem te zarzygane torsy po morfinie, chlebki w drzewach oskrzelowych i herbaty na kołderkach. A że mijała 24 godzina mojego przebywania w tym zacnym miejscu, nie uśmiechało mi się odsysać, reanimować i intubować na ślepo. Zjadłem parówek sztuk dwie, chlebka też i dorzuciłem musztardę z ketchupem. No dobra. Kto nie widział temu nie żal. Niektórzy dostali po prostu mniejsze porcje.
Przyznaję się wysoki sądzie. Obżarłem pacjentów z ichniejszego śniadania. Z parówek. Boziu. Jaki to człowiek głodny musi być zdesperowany… poproszę o łagodny wymiar kary.

Poza tym zamykają bloga. Szkoda. Kawał historii mojego życia. Życia innych. Wiele osób poznałem, z wypiekami na twarzy jako dziewiętnastolatek czytałem wydrukowane wpisy innych blogerów (czasy internetu modmowego czy zapisu na dyskietkach).
:(

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Bed & brekfast

25 gru

Zimy nadal brak. Wcale nie tęsknię za odśnieżaniem auta, natomiast szlag mnie trafia jak jest w błocie po lusterka.
Święta spokojnie nadeszły, ludzie jakby ozdrowieli i po szpitalnym oddziale ratunkowym hula wiatr i koty z kurzu. Nawet kostucha się nudzi i je z nami sałatkę jarzynową. Normalnie cudowne uzdrowienie pieprzonych hipochondryków. Aż się boję iść do pracy po świętach. Baby będą się przepychać która bardziej chora.
Ja natomiast robiąc głupią minę potakuję nad zapisem EKG i zastanawiam się, co wieczorkiem robić będę, albo czy znów wydam pół wypłaty w IKEA. Empatia zachowana tylko w niezbędnej normie.

Przybłąkał mi się pies. Fajna sunia wilczurowata. Jak zostanie to dobrze, jak nie to krzyż na drogę. Przynajmniej przepędziła te pieprzone darmozjady – koty sąsiadów.
Poza tym tyję kurde znów- efekt obiadków codziennych w pracy, kupuję masę zbędnych rzeczy i nad wyraz pokochałem sen. Zajął on drugie miejsce w moim skołatanym serduszku zaraz po niezmienionym od lipca 2016 chłopaku. Ma się rozumieć whiskey też lubię. Nie ma nic lepszego jak poranna kawa w pracy z łyżeczką alkoholu.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Praca

12 lis

Mam wrażenie, że czasem nie cierpię swojej pracy.
Jedno z miejsc – SOR.
Zawsze ktoś tu w swoim życiu trafi. Ot przez wrośnięty paznokieć, poprzez ból w klatce piersiowej w zasadzie bez bólu, zakłucie szpilką w zakładzie krawieckim, czy rana o długości 5 mm zadana nożem do tapet. wczoraj. Upadek z jednego schodka, sraczka, ból głowy, czy też czucie się nieprzytomnym od dwóch dni.  Ludzie zachowują się gorzej niż w piaskownicy. Skaczą, kurwią, wyzywają, walą w drzwi.
Najlepsi są ci nieprzytomni, odkorowani, z szerokimi źrenicami. Cierpliwie czekają.
Od kuchni wygląda to zupełnie niespodziewanie. Po obrzyganiu przez zachlanego w trzy dupy nastolatka idę do innego boksu przyjmować ciężarną do porodu. Oczywiście przebieram się. Potem jakaś kawa, podejrzenie zawału.
Gdzieś po cichu staram się umknąć oczom i zjeść posiłek.
Chyba przestałem być brzydliwy. ” Siedzieć i czekać” – powinno wisieć na drzwiach wejściowych.

Te zwały ludzi da się nawet znieść. Zapomina się, nie zwraca uwagi. Nie słucha. Zwyczajnie. Gdyby musieć spełniać polecenia zachcianki diagnozy wszystkich przychodzących można ześwirować w dwa dni.

Koledzy i koleżanki w pracy mili, aczkolwiek utopiliby cię w łyżeczce wody. Bo łyżka to za wiele.
Plotkarze, niewyżyci seksualnie, intryganci. Staram się nie odzywać. Wychodzę przez to na dziwaka. Nie wiedzą nic o moim życiu prywatnym, o zainteresowaniach. Na własne oczy dowiedziałem się, tete’a'tete wręcz, że powiedzenie komuś komplementu zagraża twojemu życiu lub zdrowiu. Pewien turbo-ratownik medyczny uznał, że podwalam się do jego turbo- najpiękniejszej we wsi – pielęgniarki. Wpada kogut za mną do pomieszczenia 1,5 na 1,5 metra i grozi pobiciem. Znaczy dobrze mi radził. Kretyn.
Do tej pory nasze stosunki od ponad pół roku się nie zmieniły. Boję się, że zniżenie do ich poziomu spowoduje u mnie lawinę odmóżdżającą. Z Zofią umawiamy się na próbowanie kolejnej whiskey.

Tymczasem sezon na wsi się kończy. Zaczynam polegiwania w mieszkaniu z Łukaszem.  Liczę, że zimy i pluchy już nie będzie.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS